Tęsknię za Edynburgiem i nie żałuję mojej próby ułożenia sobie życia na jego gościnnej ziemi, lecz wciąż nieskończenie jestem zadowolony z decyzji powrotu do życia poprzedniego, ułożonego już w stopniu w jakim nie zdawałem sobie sprawy przed próbą opuszczenia go. Jak to mówią: "dobrze tam, gdzie nas nie ma" i...
Wyjazd do Szkocji podyktowany był zwrotem jakiego po raz kolejny dokonywałem w swoim życiu. Po wielu nieudanych próbach wzbicia się w powietrze postanowiłem po raz ostatni spróbować i tak poleciałem do Wielkiej Brytanii w rozpaczliwej próbie odłożenia wielkich pieniędzy na kurs pilotażu. Jak zwykle skończyłem tyłkiem na trawie, ale jestem nieskończenie wdzięczny losowi za własną odwagę do tego kroku, bo nauczyłem się bardzo, bardzo wiele i dziś nie byłbym tam, gdzie jestem. A jestem zapracowany i szczęśliwy.
Wszystko zapowiadało się przepięknie. Samolot nie rozbił się i gdy szczęśliwie wylądowałem na płycie Edynburskiego lotniska głowę miałem pełną marzeń i wzniosłych planów. Chłonąłem z ogromnym zainteresowaniem każdy skrawek informacji o mieście w którym miałem przeżyć co najmniej kawałek swego życia, o jego topografii i mieszkańcach i związku ich losów. Chłonąłbym do teraz, Edynburg ma wiele wspaniałych tajemnic i do dziś, mimo krótkiego czasu w nim spędzonego, wracam często błądząc myślami w jego granice.
Od drugiego dnia zacząłem jednak realizować plany nie tylko podróżnicze, ale także karierę. Wykonując telefon do urzędu w sprawie zgłoszenia wniosku o wydanie National Insurance Number (który pozwoliłby mi na legalne zatrudnienie) miałem pierwszą konfrontację z językiem rdzennych tubylców zamieszkujących wyspy Brytyjskie i po raz pierwszy dotarło do mnie, gdzie jestem. Jestem w obcym miejscu, rozmawiam z ludźmi o innych zwyczajach, języku i akcencie, przez który cała moja akademicka wiedza nt. języka angielskiego ubożeje przy każdym kontakcie, zwłaszcza telefonicznym.
Zostałem po 3 dniach zaproszony na rozmowę do firmy, do której nie wysyłałem mojego CV. Długie przeglądanie internetu w poszukiwaniu informacji o firmie i podejrzenia. Ale poszedłem. Na miejscu 7 młodych ludzi odświętnie ubranych, wśród których wyglądałem jak śliwka w majonezie w moich jeansach i koszuli. Godzinna prezentacja, ponieważ...to firma nas zaprosiła by się zaprezentować i prosić nas o pracowanie dla nich. Pracować, czyli łazić po szkockich domach i nagabywać ludzi. Typowa akwizycja, wyjątkowo niewdzięczna robota za psie pieniądze.
Dwa dni później telefon. Czy chcę dla nich pracować? Nie chciałem. I telefon znów ucichł, tym razem na nieco dłużej.
Korekta CV, zrobienie go 100% według szkockiej modły. Brak zdjęcia, starannie wyselekcjonowane kłamstewka i rozmokła notatka o moich zaletach, wszystko mechanicznie doskonałe i parszywie chłodne na jednej stronie A4.
Druk. Drukarka pracowicie drukowała kilkadziesiąt egzemplarzy mojego pisemnego i dotychczas polskiego "ja".
Entuzjazm zaś powoli opadał, pojawiły się konflikty z siostrą która mnie gościła a do serca wkradała się tęsknota z tym, co mogłem dotąd a czego nie mogę teraz, głównie dlatego, że nie mam z kim. Tęskniłem.
Codzienne wędrówki, z każdym dniem w innym kierunku i wiodące coraz dalej, każdego wieczora uzupełniane przeglądaniem i odpowiadaniem na oferty w internecie. Moje dane zalewały szkocką stolicę i zataczały z każdym dniem coraz szersze kręgi, a wszystko to na nic.
Jest, kolejna odpowiedź! Lidl zaczął od słowa "unfortunately", nie musiałem dalej czytać. I z dnia na dzień nie było lepiej. Po 3 tygodniach odezwał się telefon, przeprowadziłem rozmowę i umówiłem się na interview telefoniczny do pracy jako mechanik rowerowy, '30 hours with flexibility' za najniższą krajową, 6,41 £/h. Ale ja już jedną nogą byłem w samolocie do Polski i postanowiłem wrócić.Postanowiłem wrócić, bo w Szkocji nie było absolutnie nic pozytywnego, czego nie miałbym w Polsce, a bardzo wielu ludzi i możliwości mi brakowało. Musiałem wrócić i cieszę się, że w końcu podjąłem tą decyzję powrotu, która była znacznie trudniejsza od decyzji wyjazdu za sprawą wyrzutów sumienia i pustej sakwy, a bagaż miałem pełny wyłącznie nowych doświadczeń i nauki z życiowej szkoły jaką odbyłem w kochanej, pochmurnej Szkocji.
Po powrocie do Polski 3 dni mi zajęło ogarnięcie się, wysunięcie wniosków i wyjście z nowymi, świeżo wydrukowanymi arkuszami CV w moje nowe stare polskie życie. Znalezienie dobrej pracy zajęło mi 3 godziny i dzięki niej odzyskałem pewność siebie, która pomogła mi w znalezieniu pracy będącej marzeniem, o którego spełnieniu nawet w najskrytszych marzeniach nie marzyłem.
Pracuję oto bowiem w sklepie, w którym od 7 lat wymieniałem całą zaoszczędzoną gotówkę na ukochane gry planszowe.
A Szkocja? Teraz i za nią tęsknię...
Szkocjo! Nie powiedziałem ostatniego słowa, jeszcze się z pewnością zobaczymy!
BONUS: Kolejny podpis Polaków. Kolejne "Nasi tu byli". Kolejny raz szczere zażenowanie i równie szczere rozbawienie! :) Chyba zacznę podróżować po świecie szukając tego rodzaju tokenów polskości.


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz