Podblogi

19 maja 2014

Gdy wysoka poprzeczka jest o jeden most za daleko...



Pilot odrzutowca, generał,
astronauta, kapitan transatlantyku,
dyrektor znanej firmy, prezes korporacji,
główny architekt, wybitny artysta malarz,
sławny neurochirurg, uznany psycholog,
premier, prezydent, naukowiec, wynalazca...


Byłem wychowany w średniej klasy rodzinie w której nie akceptowano braku ambicji klasy wyższej. Mimo pozycji moich rodziców w dziale sprzedaży zmuszany byłem wyobrażać się sobie w najznakomitszych i najlepiej płatnych pozycjach na rynku, jak te wymienione wyżej...i były to piękne marzenia. Od trzynastego roku życia marzyłem o wielkiej karierze oficera w siłach powietrznych, widziałem siebie za sterami nowoczesnych odrzutowców i trwało to kilka lat. Aż pewnego razu nadszedł dzień Otrzeźwienia.
Z marzenia o karierze pilota próbował mnie wyleczyć bardzo brutalnie i bez krępacji lekarz chirurg ze szpitala wojskowego w Dęblinie. Udałem się tam na trzydniowe wstępne badania lotnicze i zostałem, razem z połową kolegów, złamany, zduszony i zdmuchnięty z listy drugiego dnia za sprawą zdjęć RTG kręgosłupa. Otrzeźwienie nie przyszło mi łatwo, musiało zostać obkupione wieloma łzami, godzinami przemyśleń, kilkoma widzeniami z lekarzami i dziesiątkami wizyt na basenie w nadziei poprawy stanu zdrowia i powrotu na listy...która okazała się złudna.

Za sprawą jednak nieśmiertelnego dzięki swojej twórczości  Janusza Meissnera młody Konrad, ówczesny licealista, znalazł substytut latania (z którego nie potrafił zrezygnować)  w postaci marzeń o żegludze na stanowisku nawigatora, a cały dochód miał iść na godziny latania w przerwie między rejsami. Marzenie było na tyle silne, że skończyłem spędzając prawie dwa semestry w Akademii Morskiej w Gdyni, szkoląc się dziennie na przyszłego oficera żeglugi cywilnej... jako jednak osoba bardzo marzycielska i jeszcze bardziej płochliwa bałem się długiego zamknięcia na morzu a oddałem się marzeniom o projektowaniu ukochanych samolotów zaszczepionym przez wspaniałego wykładowcę, dr inż. Leonarda Hempla z katedry mechanicznej Akademii Morskiej.
Zdryfowawszy bez żadnego żalu na wydział mechaniczny Politechniki Gdańskiej mogłem znów oddychać wolną piersią, wcześniej ściśniętą ze strachu przed miesiącami na bezkresnym morzu, i marzyć od nowa o karierze związanej z samolotami, których nie przestałem kochać, i o sowitym wynagrodzeniu które pozwoli mi na praktykowanie swojego hobby w powietrzu. Pierwsze pół roku poszło z rozpędu, drugi semestr, za sprawą poprawek wrześniowych, odbił się lekką czkawką i stresem, lecz poszedłem dalej z wypiętą piersią kontynuować wymarzone studia...na których w końcu pojawiły się wymarzone przedmioty. I w końcu konfrontacja z marzeniami sprawiła, że nie potrafiłem już wyobrazić sobie samego siebie w przyszłości i straciłem całe serce które dla tego kierunku miałem, co przyniosło głęboki smutek i wątpliwości...



Skończyłem bowiem w wieku 22 lat w szczerym polu z szaroburą tęczą niespełnionych marzeń nad głową...

Siedzę teraz bezrobotny, bez edukacji, wysyłam CV po wszystkich ofertach pracy jakie tylko uda mi się znaleźć licząc, że ktoś odpowie, że zaprosi mnie na interview i powie, że jestem równy koleś i chce ze mną pracować albo choćby dać mi szansę.

Gdy siostra kilka dni temu zapytała mnie, kim chciałbym być w przyszłości, miałem poważny problem z odpowiedzeniem. Teraz oceniwszy swoje szanse i brak mocnych stron uczciwie mógłbym powiedzieć tylko 'żyć z dnia na dzień i robić byle co, byle zarabiać godziwe pieniądze'. Ale nie potrafiłem. Zacząłem kręcić i to nie przed siostrą, ale przed samym sobą. Nie mogę tego zaakceptować, bo przez ostatnie 22 lata byłem wychowywany na zawsze sięgającego po więcej...i boję się, że do końca życia pozostanie mi ten głód, brak akceptacji i pożądanie czegoś więcej, bo nie widzę się patrzącego na ziemię z kosmosu ani z własnego biura na najwyższym piętrze luksusowego wieżowca w centrum Nowego Jorku. Poza tym...podobno ci ludzie też mają poważne problemy i nie ma w świecie nic za darmo, ale boję się, że szukam wymówek i samorozgrzeszenia...
Niech to szlag.

Ale, jak to mówią, co cię nie zabije, to cię wku#@i    (^_−)☆

2 komentarze:

  1. Bardzo smutny ten wpis, mam wrażenie że w życiu bardzo ciężko cokolwiek zaplanować. Jednego dnia dowiadujemy się ze mamy problem z kręgosłupem po czym całe plany i marzenia idą w zapomnienie. Lecz następnego spotkamy kogoś kto proponuje nam fajna opcję np. własna firma. Gdzie może się okazać, ze czujemy się świetnie w pracy, o której nam się nawet nie śniło. Życzę powodzenia w szukaniu pracy!

    OdpowiedzUsuń
  2. Bardzo smutny ten wpis....Mam wrażenie, że w życiu łatwiej jest coś zaplanować, niż nie dać się złamać po drodze do Spełnienia.

    Jestem tysiące kilometrów dalej, ale jestem z Tobą każdego dnia, z kciukami trzymanymi na tyle, żeby móc trenować pieprzonego Debussy'ego i cały czas wierzę, że któregoś dnia znajdziesz siebie z Lustrze, niezależnie od Boga-bezBoga czy ludzi, którzy mówią w różnych językach i kierunkach.

    OdpowiedzUsuń